Jak wychować geniusza c.d.

Jak wychować geniusza c.d.

O artystycznych duszach

 

Poprzedni tekst miał być o tym, jak wychować geniusza, ale okazało się, że na wychowanie nie starczyło czasu i skupiłam się wyłącznie na samych geniuszach. Usprawiedliwić może mnie tylko podekscytowanie oczekiwaniem na ogłoszenie kolejnego laureata literackiej nagrody Nobla.
Teraz emocje już opadły, więc spokojnie wracamy do kwestii wychowania. Otóż odpowiedź za pytanie zawarte w tytule jest banalnie prosta – wychować geniusza się nie da, można się nim tylko urodzić. A i to nie jest gwarancją szczęśliwego życia będącego jednym wielkim pasmem sukcesów. Niezwykły talent bywa czasem (wcale nie tak rzadko) przyczyną wielu nieszczęść jego posiadacza, co szczególnie widoczne jest chyba u gwiazd show businessu. W kulturze masowej funkcjonuje już nawet termin Klub 27, jakim określa się grono dobrze zapowiadających się artystów, który nie dożyli swoich 28 urodzin: Janis Joplin, Jimi Hendrix, Jim Morrison, Ian Curtis, Kurt Cobain, Amy Winehouse i wielu innych. W pierwszej chwili przychodzi do głowy banalne stwierdzenie – im większy tym talent, tym krótsze życie, ale rzecz jasna nie jest ono prawdziwie. Już raczej – im większy talent, tym większa wrażliwość, a im większa wrażliwość, tym większy talent – i tym więcej różnych kłopotów.
Wychować dziecko na geniusza się nie da – to już wiadomo, ale zawsze można mu troszkę pomóc rozwinąć skrzydła. Profesor Jerzy Vetulani w książce-wywiadzie „Bez ograniczeń. Jak rządzi nami mózg” tłumaczy Marii Mazurek, że na nasz intelekt wpływ ma miedzy innymi odpowiednia dieta. Najważniejsze, by się nie przejadać i wybierać pokarmy bogate w nienasycone kwasy tłuszczowe ryby, oleje, orzechy i te obfitujące w witaminy z grupy B oraz D3. Oczywiście nie ma w tym nic szczególnie odkrywczego, wiedziano o tym od pokoleń – nasi zachodni sąsiedzi od dawna zwykli mawiać voller Bauch studiert nicht gern, czyli – bardziej swojsko – kogo brzuch nazbyt tuczy, nie bardzo się uczy.
Zdecydowanie ciekawsza i ważniejsza jest inna uwaga profesora Vetulaniego. Otóż zaznaczył on, że uprawianie sztuki uaktywnia sieci neuronalne w korze mózgowej (obszar mózgu zależy od rodzaju sztuki) i rozwija uwagę poznawczą, czyli potocznie mówiąc koncentrację. To wyjaśniałoby, dlaczego wielu wybitnych naukowców, lekarzy, matematyków czy fizyków świetnie gra na instrumentach muzycznych lub maluje.
Doskonałym przykładem osobowości łączącej talent matematyczno-techniczy z geniuszem muzycznym jest wybitny polski pianista Józef Hofmann (1876-1957). Już jako 10-latek koncertował w całej Europie i Stanach Zjednoczonych, a nieco później jego pojawianie się na ulicy w mieście, gdzie akurat występował, wywoływało wśród młodych kobiet reakcje, jakie znamy chyba tylko z koncertów Elvisa Presleya – damy mdlały, albo próbowały go dotknąć. Wrażliwy muzyk był jednocześnie niezwykle utalentowany technicznie – opatentował kilkadziesiąt wynalazków, wśród nich wydawałoby się banalny spinacz (sic!), podwyższany stołek fortepianowy, amortyzator samochodowy oraz wycieraczki, na pomysł których miał wpaść patrząc na… metronom!
A teraz przypadek nieco bardziej współczesny. Historyczka Małgorzata Mazurek, która w wieku 35 lat wygrała konkurs na stanowisko profesora Katedry Polskiej na prestiżowym Columbia University w Nowym Jorku w wywiadzie udzielonym miesięcznikowi Znak w następujący sposób odpowiedziała na pytanie o podstawy jej naukowego sukcesu: „Nie ma we mnie bałwochwalczego przekonania, że nauka opowie nam o świecie takim, jaki jest. Może dlatego że mam wykształcenie muzyczne, bo 12 lat uczyłam się gry na fortepianie i śpiewałam w chórze, dostrzegam, jak niedoskonałym językiem opisu świata dysponuje nauka. Nieraz odnoszę wrażenie – oglądając np. prace Mirosława Bałki czy Zbigniewa Libery, które opowiadają o doświadczeniu Holokaustu językiem dużo mocniejszym w wyrazie niż tomy dysertacji naukowych, że to, co najistotniejsze, pozostaje poza zasięgiem metody naukowej. Tak mi się właśnie wydaje: nauka bywa bezradna, sztuka – chyba nigdy”1 .
Po takim cytacie można z pełnym spokojem i przekonaniem wrócić do rozmowy z profesorem Vetulanim ubolewającym, że w naszych szkołach edukacja artystyczna traktowana jest po macoszemu, a wielu polskim rodzicom wydaje się, że lepiej posłać dziecko na dodatkowy język (bo to takie praktyczne), zamiast na naukę rysunku, tańca lub gry na instrumencie. zdaniem profesora mylą się ci, którzy sądzą, że będzie to stracony czas i pieniądze, bo nasza pociecha nie ma akurat zadatków na drugiego Sasnala czy Blechacza. Dzięki zajęciom artystycznym dziecko będzie myślało logiczniej i szybciej i nie będzie miało problemów z matematyką, fizyką czy kolejnym językiem obcym.
Nie do przecenienia też jest większa wrażliwość na piękno, której nam teraz tak bardzo brakuje. Może nasze miejscowości wyglądałyby trochę inaczej, gdyby w szkole było więcej zajęć plastycznych. Wtedy jednak Filip Springer miałby mniejsze pole do popisu i dłużej szukałby tematów do swoich kolejnych książek – a przecież on też z czegoś musi żyć. Tu musi koniecznie pojawić się postulat do miłośników jego esejów – broń Boże nie posyłajcie swoich dzieci na rysunek czy zajęcia z garncarstwa, bo nie będziemy już mieli okazji podziwiać wanny z kolumnadą i im podobnych Venecia Palace!
Na zakończenie opiszę jeszcze, co kilka lat temu przydarzyło się brytyjskiemu pisarzowi fantasy i science fiction Neilowi Gaimanowi. Nie jest to właściwie nic niezwykłego, ale daje dużo do myślenia. Otóż w roku 2007 władze Chin zaprosiły go na organizowany tam pierwszy konwent science fiction. Na na pytanie, czego od niego oczekują i cóż się  takiego stało, że literatura sf przestała być w niełasce, odpowiedziano mu „mamy już fabryki, teraz potrzebujemy innowatorów” 2.
Tylko ludzie myślący nieschematycznie mogą wymyślić coś nowego – od lekarstwa na raka po „nowego Facebooka”.

 

1 Małgorzata Mazurek. Po swojemu. Rozmowę przepr. Anna Mateja. Znak 2014, nr 9, s. 85.
2 Kazuo Ishiguro. Zbrodnie Króla Artura. Rozmowę przepr. Juliusz Kurkiewicz. Książki. Magazyn do czytania 2006, nr 3, s. 31.

No Comments

Post A Comment